W ciągu ostatnich 20 lat byłem 22 razy w Kazimierzu Dolnym. Niezły wynik, powinienem od lokalnych władz otrzymać jakąś nagrodę albo medal.  Oczywiście są na świecie inne miejsca do których  zdarzało mi się jeździć  wielokrotnie. Amsterdam, Ljublianę czy Kortrik (Belgia) odwiedziłem de facto więcej razy ale działo się to na wezwanie  lokalnego kapitalisty,  który płacił mi  pensję – więc się nie liczy.  Skąd zatem ten Kazimierz? Miasteczko urokliwe i przyjemne zarówno latem jak i zimą niemniej jednak trudną taka lojalność wytłumaczyć jakąś formą miłości do niewielkiego ryneczku i kilku polodowcowych wąwozów.  Wszystko to z powodu corocznych  wyjazdów  organizowane przez rodzinę mojej żony z okazji  Świąt Wielkiej Nocy. Jeździmy więc grzecznie co roku, w to samo miejsce, do tego samego hotelu i chodzimy na spacery tymi samymi wąwozami. Dość rutynowe, chciałoby się użyć nawet słowa nudne. Dlaczego więc robię ten wpis? Bo jest on formą epitafium dla wielkanocnych wypadów do Kazimierza. Czas zamknąć ten etap i poszukać czegoś innego, świeższego i bardziej pasjonującego, niż miłe skądinąd miasteczko. A więc pamiątkowa fotka (patrz poniżej) i pa-pa.

Piotr Polański