Tytuł może być nieco niezrozumiały ale według Google Tłumacza oznacza po walijsku: Największe wrażenie zrobiła na mnie Walia. Zdecydowanie. Piękne klifowe wybrzeże, palmy, malownicze  góry z kościółkami na zboczach,  cukierkowe miasteczka i średniowieczne zamki, łudząco podobne do tego z filmów o Robin Hood’zie. Co ciekawe, walijski jest  podobno najstarszym używanym językiem w Europie.  Zainspirował Tolkiena, przy tworzeniu nazw i języków „Śródziemia”.

Byliśmy z Anią i Hubertem przez kilka dni w północno – zachodniej części wyspy. Niejako z automatu zwiedziliśmy Manchester, który spodobał mi się od razu, przypominając nieco Łódź a nawet mój rodzinny Żyrardów, zachowując oczywiście właściwe proporcje. Był też straszny Liverpool: brud, ludzie podejrzanego autoramentu, ponura pogoda i równie ponure ulice – koszmar. Na dodatek grał Everton i Liverpool FC, przez co wszyscy poza turystami, byli w klubowych szalikach. Jak na Łazienkowskiej.

Co zwróciło moją uwagę? Komercyjne wykorzystanie obiektów sakralnych. W jednej katedrze oddział banku (fakt, że dość nobliwego) oraz barek szybkiej obsługi (patrz zdjęcie poniżej).  W innej piknik – stragany, syntezator i tańczący wierni (Obejrzyj film). Wydaje się, że  w Polsce,  księża też mogliby zacząć zarabiać, a nie tylko wyciągać rękę z tacą. Druga dość niezwykła rzecz, która na dodatek, po raz kolejny pokazała, w jakiej cywilizacyjnej  czarnej dziurze mieszkam, to lokalne  korty tenisowe. Mała mieścina. Sześć  znakomicie utrzymanych  trawiastych kortów. To co uderzyło mnie najbardziej, to  brak obsługi recepcyjnej. Sprawdzasz się na stronie www,  czy kort jest wolny, grasz, po czym  zostawiasz pieniądze na specjalnej półce albo płacisz przelewem przez net. Jak przychodzisz pierwszy raz, dostajesz  kartę magnetyczną – klucz do wejścia i szafek w szatni. Jedynym  warunkiem korzystania,  jest pojawienie się  tam co najmniej raz w tygodniu. Dla osoby z Europy wschodniej, niebywałe. I jeszcze jeden drobiazg. Godzina grania to 3 funty w tygodniu i pięć w weekendy. Nie  będę podawał cen z Warszawy, żeby się nie denerwować.

Widzieliśmy też inną ciekawostkę. W miejscowości Grappenhold jest kościół z płaskorzeźbą kota ponad głównym  wejściem. Ale nie jest to zwyczajny zwierzak. To Kocur z Cheshire. Protoplasta kota z Alicji w Krainie Czarów (tego  co potrafił znikać – ostatni znikał jego uśmiech). Znajdziemy go też u Sapkowskiego (Wikipedia). A i sama miejscowość bardzo przyjemna, taka zamożna, spokojna angielska wioska.

Najważniejsze jednak, że odwiedziliśmy  przyjaciół. My, w sensie ja i Ania, naszą serdeczną przyjaciółkę, która od ponad roku mieszka w okolicy, a Hubert, kolegę, z którym zna się praktycznie od urodzenia. Stęskniliśmy się i miło było spędzić trochę czasu razem.

Generalnie zwiedziliśmy ładne miejsca, ale ja  wolę Londyn, gdzie czuć potęgę Imperium ;).

Piotr Polański